Jak i kiedy używam masażera palczastego?
Nie jestem mistrzynią regularności, ale staram się sięgać po masażer przynajmniej raz w tygodniu. Najczęściej robię to po ciężkim dniu pracy – wtedy dopiero czuję, jak spięta jest moja skóra głowy. Masuję całą głowę ruchami posuwistymi, nie zapominając o szyi. Po kilku minutach dosłownie czuję ulgę – jakby cały stres zszedł z mojej głowy. Taki rytuał to dla mnie chwila luksusu i autentyczna troska o siebie.
Poza tym masażer świetnie sprawdza się podczas aplikacji wcierek – np. tych z Hairy Tale, o których już pisałam recenzję. Po nałożeniu wcierki masuję głowę przez kilka minut – to pomaga składnikom lepiej się wchłonąć, a sam masaż pobudza mikrokrążenie i wzrost włosów. I tak, działa nawet bez wcierki! Problemem pozostaje tylko… regularność. Ale jeśli np. oglądasz wieczorem seriale – warto wtedy włączyć taki masaż do rutyny.
Jakie efekty zauważyłam?
Największy efekt to uczucie odprężenia. Masaż rozluźnia mięśnie głowy, które po dniu skupienia i napięcia potrafią być naprawdę spięte – aż do bólu. Gdy mam wolny dzień i więcej relaksu, różnica w napięciu tych mięśni jest wyczuwalna, co tylko potwierdza skuteczność tego prostego masażu. Na razie nie zauważyłam większego „wysypu” nowych baby hair – ale też nie stosuję tego masażera regularnie, więc trudno tu mówić o długofalowych efektach.
Czy warto kupić masażer palczasty?

Zdecydowanie tak. Kosztuje około 10–15 zł, a potrafi dać naprawdę sporo przyjemności i ulgi. To idealny gadżet, który warto mieć choćby jeden w domu. Mam jeszcze drugi masażer – z gumowymi wypustkami – też fajny, ale wymaga więcej siły i męczy dłoń. Gdybym miała polecić jeden z nich – ten palczasty wygrywa, szczególnie do masażu i aplikacji wcierek.